Dużą niespodzianką in plus był ostatni w tym roku akademickim koncert z cyklu „Wtorki Akademii”. Nota bene nazwa ta znikła z oficjalnej nomenklatury, odkąd Akademia Muzyczna została przemianowana na Uniwersytet Muzyczny. Niemniej „Wtorki Muzyczne”, lub „Uniwersyteckie Wtorki Koncertowe” (proponuję takie uniwersalne nazwy) mają się dobrze, szczególnie w ostatnich sezonach – dzięki bezpośredniej opiece dziekana białostockiego Wydziału Instrumentalno-Pedagogicznego, prof. dra hab. Włodzimierza Promińskiego - pełnomocnika rektora do spraw koncertowych. Wydaje się, że odeszły w niepamięć żenujące czasem produkcje; teraz na występ na uniwersyteckiej estradzie ważą się tylko ci, co mają coś do powiedzenia, a przede wszystkim reprezentują wysoki standard wykonawczy.
Jedyną ujemną stroną jest organizacja kameralnych koncertów przez Uniwersytet Muzyczny i Operę i Filharmonię Podlaską w tych samych dniach i o tej samej godzinie – wtorki 19.00. Czy nie można dla dobra melomanów, porozumieć się w tej sprawie? Wspomnianą niespodzianką była wokalistka – Waleria Przelaskowska – Rokita, szerzej jeszcze nieznana, przynajmniej na Podlasiu. Jest ona absolwentką dwóch wydziałów Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina: fortepianu (w białostockiej filii tej uczelni) i śpiewu solowego (w warszawskiej Alma Mater), który ukończyła z wyróżnieniem. Potem zajęła się głównie śpiewaniem. American Society for Polish Culture przyznało jej Nagrodę im. Marceliny Sembrich Kochańskiej. Przez dwa lata, jako stypendystka Unii Europejskiej, studiowała w London College of Music pod kierunkiem Pameli Bowden. Tam tez odbyła staż asystencki. Dwa lata pracowała w Japonii jako artysta śpiewak i pedagog. Artystka przedstawiła oryginalny program złożony z czterech bloków pieśni Gabriela Fauré, Eduarda Elgara, Reinholda Gliera i Yoshinao Nakada, w sumie 22 utwory. W jej sztuce odtwórczej uderza przede wszystkim głęboka kultura muzyczna, bazująca na nieskazitelnej, rzadko osiąganej wyrazistości dykcji w językach: francuskim, angielskim, rosyjskim i japońskim (!), ciepłej barwie głosu, muzykalności frazowania i wyrównanym dysponowaniem głosem we wszystkich rejestrach. Nad tymi zaletami nadbudowuje się subtelne wyczucie klimatu wyrazowego każdej pieśni, tak bardzo różnego jak na przykład w radosnych: Mandolina Fauré, pełnej poezji Wróżka błękitnych oczu Elgara, czy głęboko nostalgicznych jak O, jeśli smutek mój Gliera i kreślonych subtelną kreską pieśniach japońskich. Świetnie dysponowana pianistka Anna Misior, adiunkt białostockiej Uczelni (UMFC), wrażliwym i perfekcyjnym odczytaniem partii fortepianowych i wsłuchaniem się w warstwę wokalną stała się współtwórczynią sukcesu Walerii Przelaskowskiej - Rokity.
|
Stefan Kamasa wykonał dość nietypowy program; wybrał „Niedokończoną”- dwuczęściową - Sonatę d-moll (1825-28, podaję za Encyklopedią muzyczną PWM) Michała Glinki oraz ostatnie dzieło Dymitra Szostakowicza, ukończone miesiąc przed śmiercią – Sonatę na altówkę i fortepian d-moll op. 147. Trzeba być muzykiem tak dobrym i tak doświadczonym, by takim programem (12 maja) zainteresować wszystkich słuchaczy „Wtorków” Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina; odnosi się to także do pianistki towarzyszącej wybitnemu altowioliście – Elżbiety Jarszewskiej-Kordykiewicz. Sonatę Glinki słyszałem na koncercie po raz pierwszy i muszę przyznać, że warta jest częstszego wykonywania. To piękna romantyczna i bardzo ekspresyjna muzyka. Dobrze się stało, że artyści przedstawili ją białostockim melomanom. Nie muszę dodawać, że było to białostockie prawykonanie utworu. Piękne, wręcz wytworne i głęboko emocjonalne frazowanie oraz mądre ujęcie formy muzycznej to najistotniejsze cechy interpretacji obojga artystów. Sonata altówkowa Szostakowicza znalazła w obojgu artystach przenikliwych i wrażliwych interpretatorów, rozumiejących sieć skomplikowanych emocji i odniesień zawartych w ostatnim dziele kompozytora. Szczególnie przejmująco to zabrzmiało w części ostatniej, gdzie motywy z Adagio sostenuto Beethovenowskiej Sonaty „Księżycowej” wplecione zostały w tok tragicznej narracji pożegnania z życiem. Grę wielkiego muzyka i towarzyszącej mu świetnej kameralistki słuchacze nagrodzili długimi oklaskami i w podzięce otrzymali piękny, nostalgiczny bis – jeden z czterech Märchenbilder op. 113 Roberta Schumanna.
Przegląd białostockiej wokalistyki
6 maja w Pałacu Branickich w „Koncercie wiosennym” zaprezentowali się studenci kie-runku wokalistyki Białostockiego Wydziału Instrumentalno-Pedagogicznego Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina.
Sądząc po zaprezentowanym poziomie umiejętności przyszłych śpiewaków, możemy być spokojni o narybek do Opery Podlaskiej. Usłyszeliśmy dojrzałe interpretacje fragmentów dzieł Haydna, Mozarta, Schumanna, Verdiego, Dvořaka, Moniuszki, Czajkowskiego, Rach-maninowa i. in. Wśród tych występów były takie, których nie powstydziłaby się żadna estra-da, czy scena profesjonalna. Mnie szczególnie urzekło kilka interpretacji: Marcina Ozgi (aria Leporella z Don Giovanniego), Małgorzaty Trojanowskiej (aria z I aktu Rusałki Dvořaka), Cezarego Romana (Pieśń sołtysa Moniuszki), Rafała Sulimy (pieśni z cyklu Dichterliebe Schumanna). W tym ostatnim szczególnie piękna była partia fortepianu (Katarzyna Makal-Żmuda). Zresztą na uznanie zasługują wszyscy pianiści-kameraliści towarzyszący kolegom – śpiewakom. Nieraz partie fortepianu przewyższały swym poziomem popisy wokalistów. Dlatego wymienię wszystkich pianistów występujących na tym koncercie: Urszula Iżbicka, Anna Krzysztofik-Buczyńska, Katarzyna Makal-Żmuda, Krzysztof Kiercul i Adam Kondratowicz.
Jak gra profesor i rektor
Jak gra profesor i rektor Akademii Muzycznej w Łodzi mogliśmy się przekonać na recitalu flecisty Antoniego Wierzbińskiego, któremu towarzyszyła pianistka Kinga Firlej-Kubica (28 kwietnia).
Antoni Wierzbiński 40 lat temu ukończył z wyróżnieniem studia w uczelni, której od czte-rech lat jest rektorem. Tak długie doświadczenie artystyczne niewątpliwie sprzyja osiąganiu w grze absolutnej pewności i swobody. Przydałaby się jednak odrobinka świeżości, takiej którą wnosiła gra młodej partnerki - Kinga Firlej-Kubica ukończyła z wyróżnieniem tę samą uczelnię przed niespełna siedmiu laty. Tym niemniej takie zestawienie pełnej dojrzałości i młodości sprawiało, że słuchałem wszystkich pozycji z dużym zainteresowaniem (Mozart Rondo D-dur¸ Prokofiew Sonata D-dur, Poulenc Sonata, Boehm Wariacje na temat arii nie-mieckiej, Kreisler Piękny rozmaryn, Cierpienie miłosne, Radości miłości i na bis Piazzolla Tango Oblivion). W miarę rozwoju wspólnego muzykowania dojrzały solista przyjmował od partnerki coraz więcej świeżości i to było najbardziej interesujące w ich grze.
Jak grają studenci z Ukrainy
Do dwóch uzasadnień sensowności koncertów organizowanych na uczelniach muzycznych (ukazywania dwóch aspektów nauczania: mistrzowskich wykonań profesorskich oraz wyko-nań studenckich, jako sprawdzianów kolejnych etapów ich edukacji), dodam w tym miejscu jeszcze trzecie – konfrontacje umiejętności studentów z różnych ośrodków. Pierwszy kwiet-niowy „Wtorek Muzyczny” zagospodarował pianista ukraiński, Artem Kanke, laureat Kon-kursu Fundacji Vladimira Horovitza. Po studiach na Ukrainie obecnie kształci się w Kolonii pod kierunkiem prof. Ilji Szepsa. Była to zatem konfrontacja szkoły polskiej, ze szkołą ukra-ińsko-niemiecką.
Program zestawił bardzo interesująco i dojrzale; trzy cykle – dwie sonaty: C-dur KV 330 Mozarta, a-moll op. 82 Prokofiewa i Obrazki z wystawy Musorgskiego. O takim programie nasi studenci jak dotąd nie mogą nawet marzyć. W Mozarcie zademonstrował niezawodność perlistej techniki, rokokową stylistykę i niezłomną dyscyplinę agogiczną. Śpiewność w An-dante cantabile pozostawiała nieco do życzenia, a to głównie z powodu niepotrzebnie "eks-plodujących" obiegników. Chwiejność tempa kłóciła się z wyobrażeniami niebiańskości mozartowskiej kantyleny. Trudno było sobie wyobrazić lepszego Prokofiewa. O ile w Mozarcie dało odczuwać się pewne skrępowanie, to bardzo trudną VI Sonatę Prokofiewa Artem Kanke zagrał w sposób wirtuozowski, porywający rozmachem, ale i wyczuleniem na różne typy faktury i ekspresji, w tym odcinki bardzo śpiewne (Tempo di valzer lentissimo). Wydaje się, że osobowość tego młodego pianisty jest wprost stworzona do takich bogatych wyrazowo dzieł jak właśnie VI Sonata Prokofiewa. Obrazki z wystawy pianista grał trochę nierówno; były tu fragmenty wprost olśniewające (np. Tuileries, Limoges – Le Marché), a obok nich wręcz słabe, nieprzemyślane (jak Bydło, gdzie zmagał się ze zbyt wolnym, narzuconym sobie tempem, nie mogąc utrzymać pesante), czy wręcz myląc się (np. w Promenadzie po Bydle). W sumie jednak wykonanie to przycią-gało uwagę młodzieńczym temperamentem, wirtuozerią wykonania, co zacierały jego niedo-statki, czy brak koncentracji we fragmentach łatwiejszych.
Recital Ludmiły Kasjanenko
Koncerty organizowane przez uczelnie muzyczne mają wtedy sens, o ile ukazują dwa aspekty nauczania: z jednej strony mistrzowskie wykonania profesorów mogących być wzo-rem dla ich uczniów, z drugiej strony wykonania studentów, jako ilustracja - sprawdzian ko-lejnych etapów ich edukacji.
Taki waśnie mistrzowski, bardzo interesujący program przedstawiła licznie przybyłej pu-bliczności - w ostatni wtorek marca - Ludmiła Kasjanenko. Jest ona profesorem dwóch uczel-ni: Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina i Narodowej Akademii Muzycznej Ukrainy im. Piotra Czajkowskiego w Kijowie. Oprócz tytułu profesora sztuk muzycznych posiada sto-pień doktora nauk humanistycznych. Jako pianistka występuje od 6 roku życia, jako pedagog – ma za sobą ponad 25-letnie doświadczenie, jako autorka – ma na swym koncie książki i ar-tykuły w języku ukraińskim, rosyjskim i polskim. Od 1992 roku mieszka i pracuje w Polsce. Ludmiła Kasjanenko grała muzykę francuską, wyłącznie utwory Debussy’ego (oba zeszyty Images i L’isle joyeuse) i Ravela (Rigaudon, Menuet i Toccatę z Le tombeau de Couperin). Usatysfakcjonowani słuchacze za zgotowaną owację otrzymali stylowy i piękny naddatek – VI Etiudę (na osiem palców) z pierwszego zeszytu Debussy’ego. Kasjanenko rozumie styl Debussy’ego w różny sposób: nie tylko obrazowo - impresjoni-stycznie lecz również bardzo emocjonalnie - jej barwy są zawsze „podmalowane” silnymi wzruszeniami. W sumie brzmi to dla mnie nazbyt dosłownie, a za mało poetycko. Jednak tak było tylko w pierwszej serii Obrazów; w drugiej - większy nacisk pianistka położyła na war-tości kolorystyczne. Radosna wyspa zabrzmiała nie mniej imponująco od trzech Obrazów drugiej serii. Z wielką starannością artystka potraktowała komplikacje fakturalne, bardzo czy-telnie przekazując warstwowość faktury. To zapewne jest pochodną jej zainteresowań na-ukowych (jest autorką rozpraw z dziedziny faktury muzycznej). Ravel Ludmiły Kasjanenko pięknie harmonizował wyrazistość rysunku melodycznego, z wybujałą ekspresyjnością i wirtuozerią instrumentalną (Toccata) przywodzącą ma myśl Scar-bo z Gaspard de la nuit. Białostocki debiut tej pianistki i pedagoga Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina mo-że zaliczyć do najlepszych swych wtorkowych wieczorów i z pewnością sprzyjał on kształto-waniu korzystnego image tej muzycznej Uczelni.
Krystyna Gołaszewska, adiunkt UMFC w klasie Elżbiety Dastych-Szwarc to najaktywniejsza na Podlasiu flecistka. A jeżeli w jej występach uczestniczy tak znakomita pianistka - kameralistka, jak Barbara Halska (a to się ostatnio często zdarza), efekt zawsze jest bardzo dobry. Tak też było na ostatniej „Muzycznej Środzie w Akademii” 25 marca. Obie artystki przedstawiają zawsze niebanalne programy, najczęściej z obszaru muzyki nowszej. Tym razem zaczęły od muzyki nieco starszej. Sonata A-dur op. 13 Gabriela Fauré liczy sobie już ponad 130 wiosen, ale zabrzmiała bardzo świeżo dzięki wysokim umiejętnościom flecistki w kreowaniu giętkiej ekspresji i dynamiki w wszystkich rejestrach. Było to tym bardziej godne podziwu, jako że utwór komponowany był na skrzypce, a takie transkrypcje zawsze niosą dodatkowe trudności wykonawcze. Barbara Halska grała z taką pewnością i synchronizacją swoją partię, jakby z Krystyną Gołaszewską grały od dziecka. Po tym potężnym czteroczęściowym dziele usłyszeliśmy prawdziwe wirtuozowskie fajerwerki: mieniące się tysiącem perlistych kaskad figuracji i tryskające prawdziwie francuskim dowcipem Concertino Antoniego Szałowskiego, a na koniec niemniej trudną Wielką fantazje na tematy z opery „Mignon” (Ambrożego Thomasa) napisaną przez Paula Taffanela. Były to wykonanie w porywającym stylu dostarczajce także głębszych doznań, zwłaszcza gdy Krystyna Gołaszewska prowadziła z dużą wrażliwością partie kantylenowe.
|
|
|
|
|
<< pierwsza < poprzednia 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 następna > ostatnia >>
|
|
Strona 1 z 10 |